Poniedziałek, 18 stycznia 2021. Imieniny Beatrycze, Małgorzaty, Piotra

Marek Dominiak: Mieszkańców gminy traktuję równo

2020-11-28 08:00:00 (ost. akt: 2020-11-26 19:43:35)
Marek Dominiak: — Postępuję tak jak sam chciałbym być obsłużony, z dużym poziomem kultury osobistej, a nie z lekceważeniem

Marek Dominiak: — Postępuję tak jak sam chciałbym być obsłużony, z dużym poziomem kultury osobistej, a nie z lekceważeniem

Autor zdjęcia: Andrzej Grabowski

SAMORZĄD || Mówi się, że aby dobrze poznać drugiego człowieka trzeba zjeść z nim beczkę soli, albo dać mu władzę. Ci, którzy mnie znają z czasów, gdy władzy nie miałem wiedzą, że we mnie nic się nie zmieniło — mówi burmistrz Bisztynka Marek Dominiak.

— Zajął pan trzecie miejsce w organizowanym przez "Gazetę Olsztyńską" plebiscycie na najpopularniejszego samorządowca w województwie, a zarazem pierwsze wśród burmistrzów. Co mogło wpłynąć na pańską popularność?
— Bisztynek to bardzo mały samorząd, więc ten wynik mnie dziwi, ale i cieszy. Za wszystkie oddane na mnie głosy serdecznie dziękuję. Może są osoby, które ze swoim operatorem telefonii komórkowej mają podpisane jakieś umowy na pakiety sms i żeby nie przepadły, to głosowały na swojego burmistrza (śmiech).

— Nie przychodzili do pana pracownicy urzędu, żeby powiedzieć: "panie burmistrzu, głosowałem na pana" i pokazać wysłanego smsa?
— Nie było takiej sytuacji, a wręcz przeciwnie. Zażartowałem z panią Justyną od promocji, że może warto poprosić pracowników, aby wysyłali na mnie smsy, bo przecież podwyżki były (śmiech). Nikt w każdym razie do mojej szafy w gabinecie nie podchodził i nie śpiewał "łubu dubu" (w gabinecie burmistrza stoi mebel identyczny z tym znanym z filmu "Miś" Stanisława Barei — red.). Najzupełniej poważnie powiem już, że u nas w urzędzie jest po prostu normalnie. To co mnie zawsze irytowało w instytucjach, czy choćby u niektórych lekarzy, ale, broń Boże, nie mówię o lekarzach z naszego szpitala powiatowego, bo tutaj mam akurat same pozytywne doświadczenia, to pewne sztuczne i zupełnie niepotrzebne bariery między petentem a urzędnikiem. Nie znosiłem sytuacji, w których mieszkaniec przychodzi z problemem, chce coś załatwić, ale czuje się jakby miał metr wzrostu, jakby był lekceważony. Dlatego gdy sześć lat temu zostałem burmistrzem zmieniłem choćby umeblowanie w moim gabinecie i teraz rozmawiamy przy okrągłym stoliku, gdzie mamy ze sobą bliski kontakt wzrokowy, a nie siedzę za wielkim biurkiem, a mieszkaniec stoi.

— No, ale z powodu epidemii dziś nie należy siadać tak blisko siebie.
— Akurat jestem ozdrowieńcem, więc nie ma się czego bać. Zapewne mam przeciwciała i nabyłem odporności. A tak poważnie, to teraz miejscem umawianych spotkań jest sala konferencyjna, gdzie nakładamy maseczki i zachowujemy większe odległości.

— Wróćmy jednak do zmian, jakie pan wprowadził i które pewnie przyczyniły się do plebiscytowego sukcesu.
— Od zawsze byłem między ludźmi i starałem się skrócić dystans dzielący mego rozmówcę ze mną. To sprzyja nawiązaniu dobrych relacji, a w przypadku spraw załatwianych w urzędzie każdy przychodzi z jakimś problemem, a nie sobie pogadać. Mieszkaniec czy przedsiębiorca, gdy od samego początku widzi, że po mojej stronie jest wola zrozumienia jego sytuacji, zupełnie inaczej podchodzi nawet do negatywnej odpowiedzi, którą może przecież otrzymać. Na tym stanowisku, co wiele razy mówiłem publicznie, trzeba być sprawiedliwym, sprawiedliwym i jeszcze raz sprawiedliwym. Na pewno mam paru wrogów, ale nikogo nie lekceważę. Każdy w równy sposób może oczekiwać załatwienia jego problemu i każdy w identyczny sposób jest przeze mnie traktowany. Tego zresztą oczekuję też od pracowników urzędu.

— W sekretariacie widziałem wywieszony tekst "Dezyderaty". Jest w niej zdanie: "wysłuchaj wszystkich, nawet tępych i nieświadomych, bo oni też mają swoją opowieść". Czy "Dezyderata" jest pańskim mottem życiowym?
— To ja powiesiłem "Dezyderatę". Był to prezent od moich serdecznych przyjaciół na początku mojej pierwszej kadencji. Nie znałem tego tekstu wcześniej. Kiedy ją przeczytałem, postanowiłem ją wywiesić, bo to piękne przesłanie, oddające to, jakimi zasadami się kieruję. Zresztą wisi tam też pełny tekst Hymnu Państwowego. Chciałem, aby mieszkańcy, którzy czasem muszą poczekać w korytarzu, mogli przeczytać sobie "Dezyderatę", czy "Mazurka Dąbrowskiego", szczególnie jego trzecią i czwartą zwrotkę, które są chyba trochę mniej znane. Uważam, że każdy samorządowiec, każdy człowiek odpowiedzialny za potrzeby mieszkańców, za pieniądze, hucznie nazywane budżetem, za inwestycje, powinien umieć słuchać. Jeżeli słucha mieszkańców, łatwiej jest mu rozwiązać problem.

— Jakieś przykłady?
— Pamiętam, z jak wielką nieśmiałością przyszedł do mnie mężczyzna, którego czekała operacja, ale nie był ubezpieczony. Wysłuchałem go i wystarczył jeden telefon, aby sprawę załatwić. Nie wnikałem, dlaczego nie jest ubezpieczony, dlaczego go nie stać na sfinansowanie operacji. Poprzez MOPS został ubezpieczony na krótki termin. Inny przykład to załatwienie sprawy drogi, która fizycznie istnieje od wojny, ale nie było jej na planach. Zdarza się, że przychodzą do mnie panowie po alkoholu i ich także wysłuchuję. Nie ma u mnie równych i równiejszych.

— Czy taka postawa jest przejmowana także przez podległych panu urzędników?
— Staram się dawać jak najlepszy przykład i sądzę, że tak właśnie jest. Postępuję tak jak sam chciałbym być obsłużony, z dużym poziomem kultury osobistej, a nie z lekceważeniem. W takiej instytucji ważne jest, aby zachować dobrą atmosferę. Urząd to taka trochę smutna instytucja, ale nawet teraz, w czasie żałoby, jaką mam po śmierci mojej mamy, w dobie pandemii, żartuję, staram się wspierać urzędników i pracowników, z których niektórzy wręcz panicznie boją się zachorować. To jest niesłychanie potrzebne, bo nie wszyscy potrafią sobie radzić z takim, jak by nie było, ciągłym stresem. To wszystko co mówię chyba spowodowało, że tak wiele głosów na mnie oddano. Mówi się, że aby dobrze poznać drugiego człowieka trzeba zjeść z nim beczkę soli, albo dać mu władzę. Ci, którzy mnie znają z czasów, gdy tej władzy nie miałem wiedzą, że we mnie nic się nie zmieniło. Jestem takim samym człowiekiem.

— Bardzo często kryterium oceny samorządowców są inwestycje. Czy wykonane w gminie inwestycje mogły mieć wpływ na plebiscytowy wynik?
— To jest niesłychanie ważna rzecz i nie mam nic przeciwko, aby na takiej podstawie samorządowców oceniać. Chcę jednak wyraźnie powiedzieć, że nigdy nie jest to zasługa samego burmistrza. To, że udało nam się zrealizować ileś tam inwestycji jest efektem pracy zespołu ludzi. Owszem, to ja składam podpisy, to ja coś zatwierdzam, podpisuję umowę, ale napisanie projektu, wniosku, a potem nadzorowanie inwestycji to praca konkretnych ludzi z urzędu. To są aktorzy pierwszego planu, a nie burmistrz.

— Zgoda, ale jeśli urzędnik popełni błąd, to i tak oberwie za to burmistrz.
— Wszystko spada na burmistrza. Nawet jak deszcz pada, to jest to jego wina (śmiech). Moi pracownicy mogą liczyć na moją wyrozumiałość. Nie czepiam się pierdół. Jeżeli jednak ktoś działa na szkodę urzędu, czy środków finansowych, które możemy uzyskać, to może się to dla niego źle skończyć. Dodam jeszcze, że bardzo ważną sprawą są dobre i merytoryczne relacje z radnymi. Nie można się nawzajem obrażać, bo to do niczego dobrego nie prowadzi.

— To wszystko brzmi wręcz aż za idealnie. Burmistrz nigdy się nie złości?
— Najczęściej jestem uśmiechnięty, chociaż czasem muszę zachować powagę. Czasami muszę coś mądrego powiedzieć (śmiech), wygłosić przemówienie. Nie jest też tak, że każdą sprawę załatwimy zgodnie z życzeniem mieszkańca, bo musimy kierować się przepisami. Nawet wtedy jednak pokazujemy, dlaczego nie możemy sprawy załatwić według jego życzenia.

— No dobrze, ale co burmistrza złości?
— Najbardziej obecnie poziom finansowania oświaty. Tym bardziej, że zanim zostałem burmistrzem przez trzydzieści lat byłem nauczycielem, czyli znam sytuację z obu stron. W tej chwili w gminie Bisztynek subwencja oświatowa pokrywa 54 procent kosztów, a na przykład w mieście Bartoszyce aż 85. Dlaczego? Sposób liczenia subwencji w dalszym ciągu oparty jest na liczbie uczniów w klasie i w szkole.

Demograficznie widać, że w gminach jak nasza liczba uczniów drastycznie maleje. Od kilku lat widać też, że w skali kraju subwencja oświatowa stale wzrasta i pojawiły się dodatkowe tak zwane wagi na mniejsze szkoły, ale i tak te działania są zbyt mało skuteczne.

W naszych szkołach w Bisztynku, Sątopach i Grzędzie w każdej klasie musiałoby być co najmniej około 25 uczniów, żeby osiągnąć poziom finansowania jaki jest w Bartoszycach. Dzięki temu mielibyśmy co roku 2,7 miliona złotych na inne zadania. Tymczasem średnia uczniów w naszych szkołach to około 17 w Bisztynku, 13 w Sątopach i niespełna 5 w Grzędzie. W ocenie wielu samorządowców subwencja powinna być kierowana na szkołę, a nie na uczniów.

Złości mnie też pewna mentalność mieszkańców, którzy nie starają się dostrzec niczego więcej niż czubek własnego nosa. Nie próbują nawet spojrzeć na sprawy szerzej, a robią to jedynie przez pryzmat własnych korzyści. Czasem warto by było, aby taki mieszkaniec postarał się usiąść na moim miejscu.

Andrzej Grabowski

Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages